Pisałam już o tym
wcześniej, ale wspomnę o tym raz jeszcze – Misja 100, w wersji
telewizyjnej – serialowej – mnie po prostu urzekła. Choć, nie
da się ukryć, że im dalej w las, tym trudniej ogarnąć koncepcję
scenarzystów. Dzieją się tam nieprawdopodobne rzeczy, o których w
książce nikt by nawet nie wspomniał. Gdy dowiedziałam się, że
ten serial powstał na podstawie powieści – wiedziałam, że będę
musiała ją przeczytać. Potem spotkałam się z wieloma
nieprzychylnymi opiniami – względem książki, a nie serialu.
Faktem jest, że nie mają one ze sobą za wiele wspólnego, no może
poza głównym wątkiem i imionami kilku bohaterów. Ale już same
osoby, ciąg zdarzeń… to zupełnie inna bajka.
Clarke już wie, że
Bellamy będzie dla niej kimś ważnym, nie waha się więc i udaje
się wraz z nim na poszukiwanie jego siostry. Wszyscy uważają, że
Octavia najzwyczajniej w świecie uciekła – jednak dwójka młodych
ludzi ma na ten temat odmienne zdanie – według nich dziewczyna
została porwana. Oboje czują, że muszą ją jak najszybciej
odnaleźć. Nie wiedzą jednak, że wkrótce po wyruszeniu przez nich
na wyprawę w obozie rozegrał się horror – tubylcy o istnieniu
których nie mieli pojęcia nie tylko na nich napadli, ale i zabili
jedno z nich. Mijają kolejne dni, a Clarke i Bellamy zamiast zbliżyć
się do Octavi – ewidentnie się od niej oddalili – już jakiś
czas temu stracili trop. Kiedy więc trafiają nad jezioro
postanawiają, że zdecydowanie należy się im odrobina odpoczynku,
który niekoniecznie oznacza sen.
Tymczasem na statku,
wśród Kolonistów, sprawy mają się coraz gorzej. Statki odcięto
od siebie, tak by ludziom z Feniksa nie zabrakło za szybko dostępu
do tlenu. To niestety oznaczało, że pozostałe statki miały zasoby
tego życiodajnego gazu reglamentowane. Kiedy niemal wszyscy
próbowali dostać się na Feniksa – Glass zrobiła co w jej mocy,
by być z ukochanym na Waldenie. Oboje jednak wiedzieli, że na tym
statku nie ma dla nich przyszłości, że jeśli nie dostaną się na
Feniksa, do matki dziewczyny – to śmierć przyjdzie po nich
szybciej niżby się tego spodziewali. Odważyli się więc i
wyruszyli na poszukiwania drogi ucieczki. Jednak czy jedyna rzecz,
która im zagrażała, to szybka utrata powietrza?
To oczywiście nie
wszystkie poruszane w powieści wątki. Nie ma co ukrywać, na dość
niewielu stronach autorka zmieściła całkiem sporo fabuły. Przy
czym w przeciwieństwie do tego, co serwują nam scenarzyści Misji
100, Kass Morgan skupiła się na prezentowaniu wspomnień z życia
bohaterów i ich obecnych uczuć, które bardzo często oscylują
między miłością a nienawiścią. Kiedy w serialu oglądamy ciągłą
walkę, ścierające się nacje, rozlew krwi – w książce czytamy
o przechadzkach po lasach i strachu przed równo posadzonymi drzewami
owocowymi. Na tej płaszczyźnie te dwie pozycją zdecydowanie się
więc od siebie różnią. Różnice ujawniają się również w
innych miejscach – np. w kwestii Ziemian, czy tego, co faktycznie
znajduje się w Mount Weather. No i jest jeszcze sprawa rodziny Clark
i stosunków jakie łączą Wellsa z Bellamym. Ale o tym będziecie
już musieli sami przeczytać w drugiej części serii Misja 100,
czyli w Dniu 21.
Mnie książka bardzo się
podobała, choć, a może właśnie dlatego, że tak bardzo różniła
się od serialu. Dzięki temu mogłam te dwie kwestie zupełnie od
siebie oddzielić. Ja lubię, gdy romans wysuwa się na pierwszy plan
powieści, ale nie zakrywa jej zupełnie. W książce według mnie
tak właśnie się dzieje. W serialu… cóż, w serialu wszystko
jest tak bardzo pokręcone, że nigdy nie wiadomo, co zostanie nam
zaprezentowane w kolejnym odcinku. Spokojnie więc mogę wam polecić
tę książkę, którą czyta się i wspomina bardzo dobrze.
Przynajmniej mnie.
Sylwia Szymkiewicz-Borowska


